Nie odzywałam się ponad miesiąc. Nie wiem dlaczego zwlekałam. Na razie w tym poście przedstawię jakiś zarys życiowych aktualizacji.
Najważniejsza kwestia - przeprowadziłam się. Wynajęłam sobie mieszkanie i jestem z tego bardzo zadowolona. Mieszkam sama z kotami. W końcu mogę odetchnąć, pobyć sama ze sobą. Przede wszystkim skupić się na sobie. W listopadzie ostatecznie zakończyłam związek, który trwał jakieś 3 lata. To były dobre trzy lata. Pierwszy raz w życiu miałam naprawdę normalne życie. Pod wieloma względami nie mogłam trafić lepiej. Stabilizacja, rodzina partnera, która bardzo mnie lubiła - do dzisiaj jego tata odzywa się czasem do mnie. Miałam właściwie wszystko, o nic nie musiałam się martwić. Rozstaliśmy się w zgodzie, bez awantur. Po prostu stwierdziliśmy, że nie pasujemy do siebie. Sporo w tym jednak mojej winy, tak to czuję. Stwierdziłam, że nie jestem gotowa na normalne życie. Że nigdy go nie miałam tak naprawdę i nie potrafię, nie odnajduje się w takich warunkach. Już kiedyś o tym wspominałam - 2 lata temu odezwała się do mnie mężczyzna, którego kochałam prawdziwą, głęboką miłością. Trochę to patetyczne, być może. Ale to jedyna osoba, którą kochałam, żywiłam głębokie uczucie, głębokie przywiązanie. Może niektóre z Was pamiętają tę historię. Wspomnę tylko, że przez te dwa lata mieszkaliśmy w innych miastach. Widywaliśmy jednak dosyć regularnie, ale to była sinusoida. Powtarzające skrajne emocje. Był narcyzem. Takim prawdziwym, narcystyczne zaburzenie osobowości. W listopadzie podjęłam decyzję, że przeprowadzę się do "jego miasta". Rozpadło się szybciej niż mogłabym podejrzewać. Dokładnie ostatni dzień 2025 roku, w Sylwestra, na 4 godziny przed końcem roku. Ta znajomość wykończyłą mnie psychicznie, tak jak tylko facet z narcystycznym zaburzeniem osobowości potrafi. Nie ważne już co się stało tego dnia, ale w jednej chwili całe uczucie, całe przywiązanie opuściło mnie. Opuściło mnie uporczywe przekonanie, że bez tego człowieka nie wyobrażam sobie życia. Po prostu. Mam tylko nadzieję, ze zostawi mnie już w spokoju, nie będzie o sobie przypominał. Samej jest mi lepiej.
Teraz mieszkam sobie sama. Na szczęście praca daje mi niezależność. Mogę sobie pozwolić na wynajem chaty i życie bez wyrzeczeń, przymusowego oszczędzani i podobnych historii. Potrzebuję czasu dla siebie, żeby przede wszystkim w końcu poznać samą siebie, kim jestem, co chcę robić, jak spędzić życie.
A teraz co do istoty powstania tego bloga, czyli odchudzanie. Jak już udało się zejść do wagi 55 kg, tak zaprzepaściłam tę pracę. Ostatnio waga pokazuje 58-59 kg, więc to jest realna moja waga na dzisiaj. Nie mogę się pozbierać, zebrać, zmotywować, wytrwać. Od jakiegoś czasu wciąż próbuję, wciąż wracam do pozycji wyjściowej. Zaczynam od nowa i od nowa. Zapętlenie. Ale co innego robić jak nie próbować aż do skutku. Pamiętam, kiedyś też podejmowałam wiele prób aż za którymś razem zaskoczyło i schudłam 17 kg.
Poza tym, że próbuję być w deficycie kalorycznym, to zaczęłam ćwiczyć w domu. Wiecie, z takimi gumami. Robią robotę. Chciałabym regularnie, ale robię co mogę, kiedy mogę, kiedy mam siłę i na tyle ile to jest teraz możliwe. W lutym zrobiłam dopiero 6 treningów, takich 1,5 - 2 h. Nie zamierzam się biczować, wyrzucać samej sobie, że za mało, że nie tak, że nie daję rady. Po prostu próbuję i robię na ile się da.
O tych ćwiczeniach, o moim mieszkaniu rozpiszę się bardziej w następnym poście.
Niedługo nadrobię zaległości u Was. Mam nadzieję, że jeszcze jesteście, piszecie.
Do następnego!
Długo wyczekany wpis. Cieszę się, że jesteś. Poznawaj siebie, próbuj nowych rzeczy, masz do tego wiele możliwości. Trzymaj się!
OdpowiedzUsuń,,w jednej chwili całe uczucie, całe przywiązanie opuściło mnie. Opuściło mnie uporczywe przekonanie, że bez tego człowieka nie wyobrażam sobie życia. Po prostu. Mam tylko nadzieję, ze zostawi mnie już w spokoju, nie będzie o sobie przypominał. Samej jest mi lepiej." Jezu, nawet nie wiesz jak bardzo ucieszył mnie ten fragment <3 Oby już na zawsze. Rozkwitaj!
OdpowiedzUsuń